W sumie to już od dawna czaiłam się na produkty tej firmy ale jakoś nigdy nie było okazji do tego żeby nabyć coś z ich oferty.
A że wakacje za pasem, to szukałam dla siebie fajnego zdzieraka do ciała i tym razem wybór padł właśnie na Dairy Fun. Dairy Fun to marka brytyjskiej firmy Marba - nie wiem jak kształtują się ceny tych produktów w UK - za ten peeling zapłaciłam ok 20 złotych.
Na pierwszym miejscu w Dairy Fun urzekają opakowania. Kamionkowy pojemnik zamykany na klips a'la wek - przyda się na pewno i później na inne rzeczy. Tak więc ekologia rządzi - bo takiego opakowania to chyba nikt nie wyrzuci.
Ślicznie obwiązany sizalowym sznurkiem przywodzi na myśl wiejską kankę - czyli sama natura prawda?
No i tutaj niestety nie do końca bo brzydkie parabeny w składzie są. I parafina też choć szkodniki są dosyć daleko umiejscowione na liście - to jednak skrzywienie lekkie wywołuje. Niemniej jednak wosk pszczeli i oleje intrygują więc postanowiłam spróbować.
Ale przejdźmy do tego co najważniejsze - zawartości uroczego słoja. Otwieramy klip i... czujemy cudny brzoskwiniowo-mangowy zapach. No po prostu śliczny!
Peeling jest mocno zbity choć nie ma problemów z wydostaniem go z pojemniczka. Jest gęsto nafaszerowany substancją ścierającą - czyli chlorkiem sodu. To zdzierak naprawdę ostry, duże drobinki w wersji dla komandosek ;) - ale pozostawia skórę fajnie gładką - a olejowa baza pomaga w jej natłuszczeniu i poślizgu da drobinek. Zapach utrzymuje się na skórze pod warunkiem że szybko się spłuczemy a nie będziemy się jeszcze nie wiadomo ile moczyć w wannie czy pod prysznicem ;)
Uwielbiam go - ale nie wiem czy kupię ponownie, bo mam ochotę wypróbować jeszcze inne wersje zapachowe :)
Podsumowując - on tak pięknie pachnie i fajnie mnie wygładza - że wybaczam mu skuchę z parabenami i z przyjemnością się wącham po każdym użyciu :D